Rêver l'(im)possible

Każdy z nas ma marzenia, które niekoniecznie są możliwe do zrealizowania, dlatego bardzo się cieszymy, kiedy jednak dochodządo skutku. Wczoraj jedno z moich marzeń się spełniło i pragnę podzielić się wrażeniami z całym światem. Ale od początku...


Miłość do Deep Purple przychodziła stopniowo, ojciec co weekend serwował wszystkim domownikom (i sąsiadom) darmowy koncert jego ulubionej grupy. Prekursorzy hard rocka wyryli się na kartach historii charakterystycznym brzmieniem i genialnymi utworami. Nic dziwnego, że kiedy pojawiła się informacja o ich koncercie w moim mieście bardzo się cieszyłam. Uśmiech na twarzy wywoływały również winyle Deep Purple, które dotarły do mnie z Polski. Niestety - bilety były relatywnie drogie, a studenckie życie kosztuje, te wszystkie pomoce naukowe, perspektywa zagranicznego stażu... trzeba było odmówić sobie tej przyjemności. 

Jakieś dwa czy trzy tygodnie temu z ciekawości sprawdziliśmy czy są jeszcze jakieś wolne miejsca. Były. Po chwili wahania doszliśmy do wniosku, że druga taka okazja może nam się już nie trafić - w końcu członkowie Deep Purple nie są już wcale tacy młodzi. Wobec takiego argumentu nie można pozostać obojętnym. I muszę powiedzieć, że miałabym czego żałować gdyby mnie tam nie było. 

Koncert był fantastyczny! Trafiliśmy na świetne miejsca z idealnym wręcz widokiem na scenę. Ian Gillan był w niesamowitej formie, panowie dawali czadu! Koncert Iron Maiden sprzed roku przy ich wyczynach był nieporównywalny. Muzyczno-wokalny dialog pomiędzy wokalistą a Stevem Morse wywołał lawinę oklasków, jednak wszyscy byli zachwyceni zdolnościami Dona Airey (w końcu to wirtuoz organów Hammonda, które nadały Deep Purple to charakterystyczne brzmienie) - jego solówka była nie z tej ziemi!

Na jeszcze większy szacunek zasługiwał Ian Paice. Jedyny stały członek Deep Purple dał popis swoich możliwości i zapodał nam najwspanialsze solo na perkusji jakie kiedykolwiek słyszałam. Coś trochę jak Moby Dick Bonhama z Led Zeppelin (tylko bez łamania pałeczek). W pewnym momencie światła zgasły, a Paice wziął inne pałeczki - z kolorowymi diodami - i na scenie widać było tylko te światełka! Pod koniec tego niesamowitego występu oklaskom nie było końca.

Oczywiście zagrali swoje największe przeboje, a Smoke on the Water śpiewała cała hala. To był zdecydowanie jeden z najpiękniejszych wieczorów tego roku i zostanie na długo w pamięci.
Zabrakło tylko mojego ulubionego utworu Deep Purple, ale to nic - wrzucę go tutaj!
Marzenia się spełniają, trzeba czasem trochę im pomóc.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za odwiedziny i każdy komentarz! Choć opcja anonimowego pozostawiania komentarzy jest włączona prosiłabym abyś jednak zostawił jakiś podpis - milej się wtedy dyskutuje!
Komentarze zawierające reklamę bądź obrażające mnie/innych komentujących będą usuwane.

Pozdrawiam! :)